Co jedzą dzieci w szkole

– Sklepiki szkolne to trudna sprawa, bo mamy do czynienia z interesami wielkich koncernów. Wszyscy mamy tego świadomość. Nie chcemy iść na wojnę z koncernami. Jednak mamy prawo żądać, aby produkty, które sprzedają, nie szkodziły – mówi wiceminister Tadeusz Sławecki (PSL), w rozmowie z Chwilą dla Ciebie.

Obecnie normy żywieniowe są ustalone jedynie w formie rekomendacji – szkoły i samorządy nie mają obowiązku się do nich stosować. Popularyzowanie zdrowych zasad to działania pozorne, a nie rozwiązanie problemu! Jak rozwiązać ten problem? Zapraszamy do obejmującej między innymi ten temat rozmowy z sekretarzem stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej, wiceministrem Tadeuszem Sławeckim (PSL).

Proszę sobie wyobrazić, że rozmawia pan z czytelniczką Chwili dla Ciebie. A więc: jestem zwykłą, ciężko pracującą matką Polką. Moje dzieci to moje najdroższe skarby. Wysyłam je do szkoły i ufam, że tam nie tylko nauczą się liczyć, ale też, że szkoła wskaże właściwy przykład pod każdym innym względem. A więc i nauczy zasad prawidłowego żywienia…

Tadeusz Sławecki, sekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej:

– I my się tym zajmujemy już od kilku lat. Ministerstwo Edukacji Narodowej patronuje licznym programom promującym zdrowy styl życia: „Trzymaj formę”, „Owoce w szkole”, „Szklanka mleka”, „Szkoła na widelcu…”. A rok 2012/13 został ogłoszony Rokiem Bezpiecznej Szkoły. Działania obejmują ochronę dzieci i młodzieży przed przemocą fizyczną, psychiczną i używkami, kształtowanie postaw obywatelskich, uczenie współpracy i odpowiedzialności za siebie i innych, a także propagowanie wolontariatu, mediacji i profilaktyki rówieśniczej, zdrowego stylu życia, w tym także to – o co pani pyta – zdrowego odżywiania, aktywności fizycznej i przeciwdziałania otyłości. A zatem chodzi nam także o szeroko pojęte zdrowie.

– Wychodzimy z ogromną promocją zdrowego stylu życia i odżywiania się. I szukamy sojuszników. To stowarzyszenia i organizacje pozarządowe, również te zajmujące się promocją zdrowego stylu, żywienia, profilaktyką. To dyrektorzy szkół i nauczyciele. No i rodzice. Oni przede wszystkim, bo przecież nawyki żywieniowe wynosi się z domu… Wraz z Ministerstwem Zdrowia i Ministerstwem Sportu i Turystyki nadajemy certyfikaty, np. „Szkoła promująca zdrowie”. Żeby dostać taki certyfikat, szkoła musi spełnić określone warunki: nie mieć żywności „śmieciowej” w sklepikach szkolnych oraz promować zdrowe żywienie. Szkoły w ramach programu robią świetne rzeczy. To są rzeczywiste działania edukujące dzieci.

– Wspólne przygotowywanie posiłków, wycieczki edukacyjne, wizyty w gospodarstwach ekologicznych, gdzie dostają czipsy, ale zdrowe, bo jabłkowe… Te działania pokazują uczniom alternatywę dla niezdrowego stylu życia. Docieramy do świadomości dzieci, a przez dzieci – do rodziców. Dzięki programowi „Owoce w szkole” jesteśmy na trzecim miejscu w Unii Europejskiej, jeśli chodzi o konsumpcję owoców i warzyw w szkołach. Naprawdę zmienia się mentalność. W domu dziecko nie zjadłoby marchewki, a w szkole, o dziwo, je. Niektórzy rodzice zauważyli, że dzieci zaczynają się dopytywać, dlaczego nie jedzą tych warzyw w domu.

Ale NIK znalazł w aż 87 proc. szkolnych sklepikach czipsy, napoje gazowane, żywność śmieciową. Nawet, o zgrozo, w szkołach promujących zdrowie…

– Jeśli uczeń bardzo chce kupić czipsy, kupi je bez problemu. Minister nie ma na to wpływu. Szkoła natomiast ma. Przede wszystkim rady rodziców. To rodzice i dyrektorzy – oni mają realny wpływ na to, co jest sprzedawane w szkolnych sklepikach.

Nie wszyscy mają na to czas i możliwości. A szkoła powinna wziąć odpowiedzialność za to, co jedzą dzieci, gdy są pod jej opieką. Co więcej, szkoły w dobie kryzysu oszczędzają, reorganizują stołówki, wpuszczają firmy cateringowe. Trzeba ustawowo zarządzić przestrzeganie norm żywienia w stołówkach. To zadanie dla was: Ministerstwa Edukacji Narodowej i Ministerstwa Zdrowia. Chcemy, byście podjęli inicjatywę ustawodawczą, gwarantującą to, że jedzenie na stołówkach będzie spełniać normy żywienia.

– Nie mówiąc nie, powiem o określonych trudnościach. Po pierwsze prowadzenie stołówek w obecnej sytuacji prawnej nie jest obowiązkowe. Szkoła może mieć stołówkę, ale nie musi. To mieści się w ramach funkcji opiekuńczej szkoły. A szkołami zajmują się samorządy, które zamiast szkolnych stołówek wybierają inne formy żywienia, np. catering. Jeśli jest możliwy wybór, to ministerstwo zawsze jest za tym, żeby posiłki były zdrowe, smaczne i przygotowane w szkolnej stołówce.

My też się tego cateringu obawiamy…

– Po drugie: nie wszystkie dzieci korzystają ze stołówek. Wiele krajów – Francja, USA, Szwecja – wprowadziło regulacje, ale tam o określonej porze wszyscy uczniowie schodzą do stołówki na lunch i wspólnie jedzą. W tamtych krajach inaczej wygląda system dotowania posiłków niż u nas.

– A po trzecie: żyjemy w społeczeństwie demokratycznym, nie zarządzanym centralistycznie. Kiedyś minister, kurator zarządzał wszystkim. Dzisiaj to w szkole ustala się statut, regulamin, a samorząd decyduje o finansowaniu.

Bo to też kwestia zasad. Uważamy, że szkoła ma dawać dobry przykład pod każdym względem. Ma nie tylko nauczyć ułamków, ale i uczyć, co jest dobre, a co naganne. We Francji to się udało. Tam jedzenie jest ważną częścią kultury. Dlatego rząd uznał, że trzeba uregulować zasady żywienia. Zrobił to bardzo drobiazgowo.

– Nie chcę składać deklaracji bez pokrycia. Mogę obiecać, że na pewno nad tą kwestią wspólnie z ministrem zdrowia się pochylimy. Ale ja wciąż bardziej wierzę w promocję, w edukację, niż we wprowadzanie obowiązkowych norm. Zdrowy styl życia to już nie moda, ale konieczność. To już dotarło do świadomości ludzi, nie cofnie się tego procesu. Już poszło, jak śnieżna kula.

PSL, którego jest pan członkiem, złożyło poselski projekt ustawy mającej na celu usunięcie śmieciowego jedzenia ze szkolnych sklepików…

– Sklepiki to trudna sprawa, bo mamy do czynienia z interesami wielkich koncernów. Wszyscy mamy tego świadomość. Nie chcemy iść na wojnę z koncernami. Jednak mamy prawo żądać, aby produkty, które sprzedają, nie szkodziły. Ustawa ma określić dopuszczalną zawartość składników odżywczych w produktach. Mówimy więc: dobrze, sprzedawajcie te napoje, ale pod warunkiem, że będzie tam tyle i tyle cukru, tyle i tyle soli, tyle i tyle barwników. Podobne rozwiązania przyjęło już wiele krajów Unii, USA. Gdy takie przepisy zaczęły obowiązywać w Anglii, natychmiast wokół szkół, jak grzyby po deszczu, zaczęły się pojawiać kioski ze słodyczami. Trzeba było wprowadzić zakaz zakładania barów szybkiej obsługi w promieniu 200 m od szkoły… To też na pewno w ustawie warto umieścić. Ta ustawa da dyrektorom szkół pewien instrument do ręki. Sklepiki w szkole? Proszę bardzo, ale zależy jaki asortyment.

Nasz pomysł idzie dalej.

– Jednak zapewniam, że chodzi nam o to samo, co wam. Zróbmy na razie ustawę o żywności „śmieciowej”. Jeśli to nam się uda – a przecież jesteśmy skazani na sukces – to możemy spróbować pójść o krok dalej. A w ogóle to dlaczego nie zwracacie się do Ministerstwa Zdrowia?

Nie jesteśmy pewni, czy jeszcze istnieje. Może pan minister coś wie?

– Oczywiście, że istnieje. Oczekuję na przygotowywaną przez Ministerstwo Zdrowia ustawę o zdrowiu publicznym, która uporządkuje wreszcie zakres odpowiedzialności poszczególnych resortów. Teraz zadania często się nakładają. Ustawa ta będzie ważnym krokiem w kierunku wprowadzenia zdrowego żywienia w szkole. Korzystając z okazji, chciałbym podziękować Instytutowi Żywności i Żywienia oraz Instytutowi Matki i Dziecka za owocną współpracę oraz przygotowanie, opracowanie i propagowanie norm żywieniowych.

Chcesz poprzeć akcję? Wejdź na stronę: www.szkolnestolowki.interia.pl i podpisz petycję skierowaną do Minister Edukacji Narodowej Krystyny Szumilas i do Ministra Zdrowia Bartosza Arłukowicza.

źródło: mamdziecko.interia.pl.

Kwiecień 7th, 2014 by